W dzisiejszych czasach prywatność to dobro luksusowe. Będąc w mediach społecznościowych trzeba liczyć się z tym, że jakąś część swojego życia będziemy udostępniać innym ludziom. Oczywiście o tym, na ile sobie pozwolimy decydujemy sami. Natomiast bardzo często nasza prywatność bywa też naruszana w tym realnym świecie, co czasami może być naprawdę wkurzające. Szczególnie, jeśli ktoś zadaje pytania, na które najzwyczajniej w świecie odpowiadać nie mamy ochoty. I powiem więcej- wcale odpowiadać nie musimy.
O tym, jak ważna jest rola mamy i jak dużo serca się w nią wkłada przekonałam się dopiero wtedy, kiedy sama zostałam mamą. Dzisiaj jest Dzień Matki i właśnie dlatego warto to podkreślić. A ja tym wpisem chciałabym podziękować swojej Mamie. Na co dzień nie jestem zbyt wylewną osobą i nie mówię dużo o swoich uczuciach, ale jedno jest pewne moja Mama to najważniejsza osoba w moim życiu.
Kilka dni temu Maja skończyła roczek. Zleciało to tak szybko, a mnie się wydaje, jakbym dopiero wczoraj ją urodziła. Niesamowite jest to, jak w przeciągu tego roku Maja się zmieniła. Z takiego malutkiego bezbronnego oseska stała się "dużym" bobasem, który eksploruje otaczający świat na wszelkie możliwe sposoby. Obserwując to, jak zmienia się takie maleństwo człowiek uświadamia sobie, jak ulotne są tak naprawdę chwile i momenty, które spędzamy wspólnie. Krótko mówiąc czas zapiernicza jak szalony, dziecko rośnie i ani się obejrzymy, a już będziemy wybierać welon i suknię ślubną. No dobra, może troszeczkę przesadziłam :-) Ale faktem jest to, że ostatni rok zleciał mi jak z bicza strzelił. Jaki zatem był ten rok?
Jakiś czas temu trafiłam na hasło o urlopie macierzyńskim, że ten, kto nazwał to urlopem, musiał być facetem. Coś w tym chyba jest.
Ale zacznijmy od początku. Zgodnie z definicją:
URLOP- ustawowo zagwarantowana płatna lub niepłatna przerwa w pracy.
No tak, bo zasadniczo do pracy nie chodzimy, szefa nie mamy, siedzimy w domu, wstawać i szykować się do pracy też nie musimy więc jest niemalże jak na urlopie. Normalnie high life :-) I jeszcze pieniądze dostajemy za to siedzenie w domu. Jak to się mówi, żyć nie umierać.
Dokładnie pamiętam dzień, w którym dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Płakałam ze szczęścia i byłam niesamowicie podekscytowana. Podobnie jak mój Mężuś. Poziom endorfin sięgnął chyba wtedy zenitu. Udało się, będziemy rodzicami! Chociaż sceptyczny Misio niekoniecznie ufał w 100% testowi. W pełni dotarło to do niego dopiero, kiedy potwierdził to ginekolog i zobaczył małą Fasolkę na zdjęciu USG.








